Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wrażenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wrażenia. Pokaż wszystkie posty
Nieco zbyt osobiste podsumowanie 2024

Nieco zbyt osobiste podsumowanie 2024

 


Nie wiem właściwie po co mi to podsumowanie. To w sumie nie do końca prawda. Trochę wiem. Chyba mam potrzebę udokumentowania swoich przeżyć z tego roku, mojego stanu pod jego koniec i pożegnania się z nim. Chcę wejść w ten nowy rok z nieśmiałą nadzieją na to, że wszystko nareszcie zmierza w dobrym kierunku. Będzie trochę rzeczy z życia i z popkultury. Będzie też bardziej osobiście niż zwykle, może zbyt osobiście.

Ostatni ponad rok naznaczyły moje problemy z żołądkiem. Psuły mi często plany i po prostu były najzwyczajniej w świecie uciążliwe i nieprzyjemne. Jak pewnie podejrzewacie nie wpływało to także dobrze na mój stan psychiczny. Cały czas zastanawiałam się, co mi jest i obawiałam się najgorszego. Chodziłam do lekarzy. Czasem trochę z tym zwlekałam. Najczęściej jak mi się trochę poprawiło. Żaden z lekarzy nie chciał mnie wysłać na usg. W końcu poszłam sama i okazało się, że mam kamień na woreczku żółciowym i to on może być przyczyną moich dolegliwości. Poczułam dziwną ulgę, bo już przynajmniej wiedziałam, co mi jest. Dzięki temu poczułam się trochę lepiej ze sobą i zyskałam nowe siły. Czeka mnie najprawdopodobniej zabieg, ale muszę jeszcze przejść przez parę procedur.

Z moim stanem psychicznym bywało różnie. Ciągłe dolegliwości nie wpływały na niego dobrze. Nie podobała mi się również moja ówczesna praca. Na szczęście udało mi się ją zmienić i teraz mam naprawdę dobre zajęcie. Pod koniec roku zwiększył mi się zakres obowiązków i w nowym będę więcej zarabiać. Dzięki paru pochwałą zyskałam też większy zapał i chęć do rozwoju i nauki nowych rzeczy. Mam nadzieję, że ta energia ze mną zostanie. Zaczęłam też uczęszczać do kolejnego psychologa. Może tym razem terapia się uda. Trzymajcie kciuki.

Pisanie w tym roku szło mi średnio. Muszę to przed sobą przyznać. Próbowałam różnych sposobów, żeby do niego wrócić, ale zwykle kończyły się fiaskiem. Nadal próbuję, bo pisanie jest z jakiegoś powodu dla mnie ważne i jestem na tyle głupia, że nie potrafię z niego zrezygnować. Cały czas jednak w jakiś sposób mi towarzyszyło, najczęściej w formie luźnych zapisków w pamiętniku, czy to na komputerze, czy to na papierze, a parę razy nawet na komórce. W mojej głowie narodziła się nawet nowa opowieść. Tym razem bez wątków nadnaturalnych, które zwykle towarzyszą większości moich historii. Nie wiem jak na dłuższą metę to przeżyję, bo ciężko mi się bez tego pisze. Nowy projekt to młodzieżówka, z elementami kryminału pod roboczym tytułem Zagadka dla dwojga. Tak, wiem. Nie brzmi to najlepiej, ale coś czuję, że przylgnie i zostanie. Wkrótce zdradzę więcej.

Z prowadzeniem tego oto bloga było chyba gorzej niż średnio. Ostatni wpis opublikowałam na Walentynki. Pisałam o shipowaniu, czymś co bardzo definiuje moje doświadczenie fanowania. Nie napisałam żadnej recenzji, choć przeczytałam trochę książek, nawet kilka bardzo dobrych i wartych polecenia. Wylot Olesi Ivchenko i Ucieczka Apsary Katarzyny Podstawek i Katarzyny Rutkowskiej, choć tak różne były jednymi z nich. Oczarowały mnie. Z prowadzeniem Instagrama było ciut lepiej. Pojawiło się trochę mojej wątpliwej twórczości. Zdradziłam też trochę o moich najważniejszych i najbliższych sercu projektach. Pojawią się jeszcze posty o innych. Chcę trochę popracować nad ich szatą graficzną, tak by była ciekawsza i bardziej przyciągająca wzrok. W tym roku zaniedbałam moje ukochane Whosome. Nadal z doskoku coś wnosiłam, ale nie było tego wiele. Napisałam dla portalu jedynie trzy teksty. Facebook Perła pisze czasami odżywał, ale tylko na krótkie chwili. Potrzebuję znaleźć na niego jakiś pomysł. Nie obiecuję, że w nowym roku będę aktywniejsza, ale chcę od czasu do czasu napisać jakiś dłuższy tekst, czy też podziałać na mediach społecznościowych.

Byłam na paru konwentach i spotkałam się podczas nich z ludźmi, których lubię i cenię. Powiem Wam, że ja bardzo lubię konwenty, choć jeżdżę na nie od niedawna. Dają mi szansę na posłuchanie o tym, co mnie interesuje, na spotkania, na rozmowy. Pozwalają mi też trochę wyjść ze swojej skorupki. Zdarza mi się także samej prelegować, co jest dla mnie wyzwaniem. Na razie opowiadałam o tym, w czym czuję się najlepiej, czyli o kreskówkach.

W tym roku moim największym popkulturowym odkryciem był serial Bojack Horseman, który obejrzałam dwa razy. Pokochałam go całym sercem i uważam obecnie za moją ulubioną historię fikcyjną w ogóle. Poruszył we mnie właściwe struny. Trudno mi o nim pisać, bo boję się, że nie uda mi się w pełni oddać tego, co czuję. To opowieść o słabościach i zmaganiach, o relacjach, o próbie zmiany i o doświadczeniu bycia człowiekiem (czy też w przypadku tej serii zwierzęciem). Jest przy tym bolesna i bardzo życiowa, ale także pełna nadziei. Skoro Bojack może się zmienić, my też możemy.

Ten rok kończy się zadziwiająco pozytywnie, z zmianami, które sprawiają, że czuję się lepiej ze sobą. Nadal oczywiście obawiam się przyszłości i cały czas z tyłu głowy towarzyszy mi lęk przed nią, ale mam więcej wiary w to, że wszystko jakoś się ułoży. W głowie mam postanowienia na 2025, ale jednocześnie wiem, że nakładanie na siebie zbyt dużej presji nie przyniesie dobrego efektu. Mam zamiar zatem po prostu iść do przodu, starać się i nie poddawać, nawet jeśli odniosę porażkę. Może to wszystko brzmi naiwnie, ale potrzebowałam to napisać, by dodać sobie trochę siły.

Chcę też podziękować ludziom, którzy towarzyszyli mi przez ten rok. Nie do końca umiem w relacje, ciężko mi się je nawiązuje, czasami długo odpisuję, ale cieszę się, że jesteście i mam nadzieję, że zostaniecie.

Fajnego Sylwestra i dobrego 2025 roku, moi drodzy!

Chęć życia w obliczu katastrofy - wrażenia po lekturze Jeśli jutra ma nie być

Chęć życia w obliczu katastrofy - wrażenia po lekturze Jeśli jutra ma nie być

 


Ostrzeżenie o treści: depresja, próba samobójcza, myśli samobójcze

Jeśli jutra ma nie być opowiada historię Avery Byrne, która cierpi na depresję i planuje popełnić samobójstwo. Udaje się w tym celu nad rzekę. W ostatniej chwili powstrzymuje ją telefon od jej dawnej najlepszej przyjaciółki i miłości jej życia, Cass. Dowiaduje się od niej, że w Ziemię za dziewięć dni ma uderzyć asteroida. Avery umawia się, że przed końcem świata ostatni raz jeszcze się spotkają.

Książka zrobiła na mnie duże wrażenie, mimo drobnych zgrzytów, o których wspomnę później. Zacznę od tego, że sposób w jaki opisane zostały zmagania osoby z ciężką depresją był boleśnie prawdziwy i mocno mnie poruszył. Avery cały czas wydawało się, że jest niewystarczająca i, że innym będzie bez niej lepiej. Nie miała żadnych pragnień i nie liczyła na to, że ma jakąś przyszłość. Chciała po prostu odejść, przestać istnieć. Czasami podejmowała też impulsywne działania, nie bojąc się śmierci, a nawet na nią licząc. W miarę rozwoju powieści i zbliżającej się zagłady, w dziewczynie zaczyna budzić się chęć do życia, chęć przyszłości, chęć czegoś więcej. Odkrywa nawet co chciałaby robić.

W powieści przeplatają się przeszłość i teraźniejszość. Avery opowiada przede wszystkim o swojej relacji z Cass i powolnym odkrywaniu, że jest w niej zakochana. Jest wiele uroczych momentów między nimi, ale też, im dalej w przyszłość, i smutnych. Obydwie zawsze różniły się od siebie. Cass była tą odważniejszą, a Avery bardziej wycofaną. Avery też nie zawsze była do końca szczera i nie mówiła przyjaciółce o swoich problemach, ukrywała przed nią swoją depresję, zupełnie jakby bała się pokazać jej swoją nieidealną stronę. Oddaliły się jeszcze bardziej kiedy Cass wyjechała do Nowego Jorku. Nadejście komety okazuje się drugą szansą dla dwójki.

Obserwowanie jak odbudowują swoją relację i powoli znowu stają się dla siebie najważniejszymi osobami na świecie dostarczyło mi mnóstwa emocji – cieszyłam się dobrymi chwilami i przeżywałam te trudniejsze. Droga do pełnego pojednania i zrozumienia siebie nawzajem nie była dla nich łatwa i wymagała od nich zmierzenia się z prawdą.

Podczas czytania szczególną uwagę zwróciłam na wątek bycia osobą queerową w religijnym i konserwatywnym środowisku. Jest mi to temat wyjątkowo bliski. Bardzo dobrze, że został poruszony właśnie w powieści młodzieżowej. Przez nauki kościoła młode osoby dopiero odkrywające swoją tożsamość często zaczynają nienawidzić same siebie i mieć problemy psychiczne. Ciężko jest szukać tam niestety zrozumienia. W powieści wybrzmiało to dość mocno. A jeśli już o problemach psychicznych mowa to również poświęcono uwagę podejściu kościoła do tych kwestii, a w szczególności kwestii samobójstwa. Nasza bohaterka, idąc po poradę do księdza słyszy, że to grzech śmiertelny i zabawa w boga.

Ważne były także relacje rodzinne, zwłaszcza głównej bohaterki z rodzicami i bratem. Rodzice Avery byli bardzo wierzący i religijni i tak też wychowywali swoje dzieci. Mimo to okazali się akceptujący i wspierający, choć musieli także wiele się nauczyć i zrozumieć, ale ważne, że podjęli się tego dla swojego dziecka. Relacja Avery z bratem była, z braku lepszego słowa, rozczulająca. Już od dziecka byli sobie bliscy - nawzajem się wspierali i pomagali sobie. Mam słabość do takich przedstawień rodzeństw i dlatego wątek tej dwójki bardzo mnie kupił. Oczywiście także i oni spotkali na swojej drodze problemy – wyjazd brata na studia, a potem założenie przez niego rodziny. Przybycie komety stało się zatem drugą szansą również dla Avery i jej brata.

Jednym z tematów jest odkrywanie swojej tożsamości seksualnej. Dla każdego człowieka może to przebiegać inaczej, co właśnie pokazuje Jeśli jutra ma nie być. Cass jest pewna swojej orientacji już będąc wczesną nastolatką. Nie wstydzi się tego kim jest i mówi o tym otwarcie. Avery zajmuje to nieco dłużej. Początkowo jest pełna wątpliwości. Każdy ma swoją własną drogę. Czasami może być ona dłuższa, niż u innych i nie ma w tym nic złego. Cieszę się, że w powieści pokazano, jak odkrywanie siebie może się różnić w zależności od osoby.

Jedynym, co mi się nie podobało to momenty w których pisarka siliła się na bardziej poetycki język. Były takie fragmenty, w których dało się wyczuć, że były napisane po to by później służyć za ładne cytaty. Dla mnie wyszły sztucznie i nie pasowały do reszty powieści.

Książkę ostatecznie oceniam bardzo pozytywnie. Postacie były ludzkie i sympatyczne, zwłaszcza Avery i Cass. Przyszło im zmierzyć się z trudną sytuacją, ale odnalazły w sobie nawzajem wsparcie. Przybycie komety okazało się dla nich drugą szansą na odbudowanie zniszczonej relacji. W obliczu śmierci pojawiła się w nich niezachwiana chęć życia i to było piękne, takie ludzkie. Dużym plusem była też dla mnie krytyka nauczania kościoła w kwestii queerowości. Może nie wybrzmiała aż tak mocno jakby mogła, ale dobrze, że pewne rzeczy zostały zauważone.

Pogoń za marzeniami, czyli wrażenia po dwóch pierwszych tomach mangi One Piece

Pogoń za marzeniami, czyli wrażenia po dwóch pierwszych tomach mangi One Piece

 

 


Po latach wróciłam do One Piece’a - zachęcił mnie trochę ten szum wokół aktorskiej adaptacji. Byłam akurat w odwiedzinach w bibliotece i przechadzałam się między regałami, kiedy zauważyłam One Piece i po prostu wzięłam. Kiedyś moja siostra oglądała anime, a ja przysiadałam się na co niektóre odcinki. Potem postanowiłam obejrzeć całość i stanęłam gdzieś na dwudziestym odcinku. Jak na serię z tysiącem odcinków to trochę słaby wynik. Na tym się skończyło.

Fabułę chyba mniej więcej wszyscy znają. W świecie gdzie panuje era piratów, Monkey D. Luffy, zainspirowany przez swojego przyjaciela pirata Rudowłosego Shanksa, chce zostać królem piratów. Najpierw jednak musi zebrać załogę i zdobyć statek. Wyrusza w podróż by tego dokonać. Po drodze dzielnego chłopaka spotykają różne przygody. Najpierw poznaje pierwszego przyszłego członka swojej ekipy – groźnego łowcę piratów i szermierza Rorona Zoro. Razem wywołują zamieszanie w miasteczku, któremu żelazną ręką rządzi pułkownik marynarki wojennej Morgan. Później natykają się na złodziejkę Nanami, która nienawidzi piratów. Mimo początkowej niechęci, stają wspólnie w obronie pewnego miasteczka, na które czyha złowrogi pirat Klaun Buggy.

Pierwsze dwa tomy One Piece’a czytało mi się bardzo przyjemnie. Z łatwością weszłam do tego zwariowanego i barwnego świata, który zarazem jest bardzo spójny i przemyślany. Najbardziej oczarowały mnie postacie. Luffy to sympatyczny chłopak o szerokim uśmiechu, ale jest jednocześnie zwariowany i nieprzewidywalny. Shanks jest po prostu wspaniały! To ktoś kto za głupkowatym uśmiechem i stylem bycia luzaka skrywa dużo mądrości i pokory. Nic dziwnego, że jest inspiracją dla naszego głównego bohatera. W Zoro spodobała mi się jego determinacja, poczucie sprawiedliwości i chęć uczczenia pamięci jego przyjaciółki z dzieciństwa. Nami zaimponowała mi swoim sprytem i zaradnością. Zaciekawiło mnie jaka jest jej przeszłość i co spowodowało, że aż tak nienawidzi piratów. Nasi bohaterowie są dopiero na początku swojej znajomości, ale już widać, jak powoli przywiązują się do siebie i nawzajem chronią. Nami zaczyna także przekonywać się do Luffy’ego i dostrzegać, że nie jest taki jak inni piraci.

Jest też dużo humoru. Sama mocy Luffy’ego, którą zyskał po zjedzeniu diabelskiego owocu wygląda momentami komicznie, ale jednocześnie potrafi być śmiertelna. Mamy dużo gagów wizualnych, takich jak choćby ekspresja postaci. Nie zabrakło także gier słownych, które w posłowiu wyjaśnia tłumacz.

Powrót do One Piece’a uważam za udany. Ta manga nawet po latach wyróżnia się na tle innych tytułów, przede wszystkim ze względu na charakterystyczną kreskę, ciekawy i przemyślany świat przedstawiony i sympatyczne postacie. Ma w sobie dużo ciepła i szczerości. Opowiada o podążaniu za marzeniami, szukaniu skarbów i przygodzie. Czasami takie pozornie proste historie też są potrzebne.

Co to znaczy kochać i być kochanym, czyli o "Długo i szczęśliwie"

Co to znaczy kochać i być kochanym, czyli o "Długo i szczęśliwie"

 



Długo i szczęśliwie autorstwa Alison Cochrun bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Już dawno nie przeczytałam tak szybko żadnej książki. Wszystko dla mnie tutaj zagrało, po prostu wszystko. Postacie, relacje między nimi, urocze sceny (i te bardziej ostre), rozmowy o zdrowiu psychicznym, miłości i seksualności. Niektóre rzeczy nacisnęły nawet na bardzo osobiste struny. Nie spodziewałam się tego po kolejnym popularnym, mlm romansie, reklamowanym jako następca Red, White & Royal Blue.

Zacznijmy od początku. Długo i szczęśliwie opowiada historię Deva i Charliego. Dev jest producentem w randkowym reality show Długo i szczęśliwie, w którym dwadzieścia kobiet walczy o względy jednego mężczyzny, określanego jako Książę z Bajki. Do tej roli zostaje zwerbowany Charlie Winshaw, technologiczny geniusz, który chce odbudować swój wizerunek, po tym jak został wyrzucony z własnej firmy. Dev zostaje jego opiekunem na planie. Wkrótce dwaj mężczyźni zaczynają coraz bardziej się do siebie zbliżać.

Zarówno Dev, jak i Charlie są bardzo sympatycznymi i pełnowymiarowymi postaciami, żaden nie ustępuje drugiemu. Charlie na początku jest przerażony i nie potrafi odnaleźć się w nowej dla niego sytuacji. Dev przychodzi mu wtedy z pomocą. Między mężczyznami szybko zaczyna rodzić się nić porozumienia, która z czasem przeradza się w coś więcej. Obydwoje boją się pokazać prawdziwych siebie, a raczej może pewnych elementów siebie, przez strach przed odrzuceniem. Wydaje im się, że nie zasługują na prawdziwą miłość. Powoli otwierają się przed sobą nawzajem i znajdują w sobie oparcie. Z przyjemnością obserwowałam rozwój ich relacji, to jak pokochali siebie nawzajem takimi, jakimi są, w całości, bez udawania.

Książka porusza także kwestię chorób psychicznych i ich społecznego postrzegania. Charlie cierpi na zaburzenia obsesyjno-kompulsywne i zaburzenia lękowe. Dev miewa epizody depresyjne. Charlie spotkał się w swoim życiu z niezrozumieniem i odrzuceniem ze strony rodziny i rówieśników, a później także i współpracowników. Dev starał się natomiast ukrywać przed innymi tę część siebie, która nie była optymistyczna i wesoła i bał się przed kimkolwiek otworzyć. Problemy, z którymi zmagają się obaj mężczyźni, zostały przedstawione ze zrozumieniem i współczuciem, w sposób autentyczny.

Książka porusza również temat seksualności i jej odkrywania. Na rynku pełnym opowieści o nastolatkach, dobrze zobaczyć coś o dorosłych, którzy są niepewni swojej tożsamości i dopiero ją odkrywają. Czasami dojście do pewnych prawd o sobie może przecież zająć trochę więcej czasu. Każdy powinien móc podążać swoją własną drogą i robić wszystko w swoim własnym tempie. Była to dla mnie bardzo ważna lekcja, której akurat w tym momencie potrzebowałam. Lekcja, że nie ma tak naprawdę pośpiechu, że nie trzeba się od razu określić, że można po prostu być i żyć.

Warto jeszcze wspomnieć o postaciach pobocznych. Naszej dwójce głównych bohaterów towarzyszyli równie pełnowymiarowi ludzie, co oni. Cała ekipa Długo i szczęśliwie – zarówno ludzie przed, jak i za kamerą tworzyli barwną gromadkę, różnych charakterów. Niektórzy z nich stanowili wsparcie dla Charliego i Deva w ich drodze ku miłości.

Podsumowując, książka nieoczekiwanie mnie zachwyciła. Nie spodziewałam się, że aż tak mi się spodoba. Okazała się piękną opowieścią o dwójce ludzi, którzy mimo tego, że myśleli, że nie zasługują na miłość, w końcu odnajdują ją w sobie nawzajem. Jeszcze przez długi czas będę o niej bardzo ciepło myśleć.
Jak to w tej katolickiej szkole było, czyli wrażenia po lekturze "Przewodnik lesbijki po katolickiej szkole"

Jak to w tej katolickiej szkole było, czyli wrażenia po lekturze "Przewodnik lesbijki po katolickiej szkole"

 


Przewodnik lesbijki po katolickiej szkole opowiada o szesnastoletniej Yami Flores, meksykańskiej lesbijce, która właśnie zaczyna naukę w nowej szkole. Po trudnych przeżyciach w poprzedniej liczy na nowy start. Idzie tam razem z bratem, którym ma się opiekować. Jest to książka napisana lekkim, przystępnym językiem. Wpleciono tutaj wiele młodzieżowych słówek. Nie przeszkadza to jednak w odbiorze i nie jest też aż tak nadużywane, jedynie uwiarygodnia przekaz.

Jednymi z ważniejszych tematów książki jest tożsamość, czy to seksualna, czy to kulturowa. Yami próbuje w nowej szkole udawać kogoś kim nie jest. Ukrywa fakt, że jest lesbijką. Robi to ponieważ boi się odrzucenia ze strony matki, a także powtórzenia sytuacji z poprzedniej szkoły. Obawy dziewczyny są zrozumiałe. Wyjście z szafy często wiąże się z ryzykiem i nie każdy jest gotowy je podjąć. Traf chce, że poznaje dziewczynę, która także jest lesbijką. Ma na imię Bo i jest Chinką. Nasza bohaterka oczywiście się w niej zakochuje. Młodzieńcza miłość jest tu opisana z dużym zrozumieniem i szczerością. Pokazana jest charakteryzująca ją euforia, ale także i wątpliwości, takie jak strach przed odrzuceniem. Bo jest wyoutowana i nie wstydzi się swojej seksualności. Mierzy się ze światem i broni swoich racji. Jest osobą odważną i bezkompromisową. Yami właśnie to w niej podziwia. Sam uważa siebie za niewystarczająco silną. Wiele sytuacji w książce pokazuje, że to nieprawda, a nasza bohaterka ma w sobie więcej odwagi, niż by mogło się wydawać. Mamy tutaj różne podejścia do swojej tożsamości – ukrywanie i celebrowanie. To drugie często może pomóc innym osobom w zaakceptowaniu siebie. Obserwowanie, jak ktoś taki jak oni, bezkompromisowo kocha siebie, może naprawdę wiele zmienić. Tak samo jest w przypadku tej książki. Jest w niej także poruszony temat tego jak traktuje się lesbijki, czy tez po prostu kobiety kochające kobiety. Często są postrzegane jako zagrożenie dla heteroseksualnych kobiet. Każdy ich, nawet niewinny gest jest od razu odczytywany z podtekstem seksualnym. Nie mogą tak po prostu się przyjaźnić, musi od razu chodzić o relację romantyczną albo seksualną. Spotkałam się w prawdziwym życiu z takim podejściem. Oprócz Yami i Bo pojawiają się jeszcze inne queerowe postacie - brat Yami, który jest biseksualny i jego chłopak Jamal. Również oni mają swoje miejsce w opowieści i własne wątki, zwłaszcza brat Yami, który ma trudność z pogodzeniem się ze swoją orientacją.

Istotną rolę w powieści odgrywa także tożsamość kulturowa. Rodzina Yami celebruje swoje korzenie. Pojawiają się różne przejawy ich kultury, takie jak jedzenie, muzyka, czy biżuteria, którą Yami wyplata z mamą. Yami musi niestety mierzyć się z rasizmem. Nowa szkoła, do której zostaje przyjęta jest bardzo biała, osoby kolorowe są nieliczne. Staje się ofiarą niewybrednych komentarzy. Na szczęście nie jest to aż tak duża grupa osób. Są też tacy, którzy ją wspierają. W przeciwieństwie do Yami Bo jest oddalona od swojej kultury. Zazdrości trochę Yami. Została wychowana przez dwójkę białych ludzi. Denerwuje ją to, że jej rodzice dekorują dom chińskimi rzeczami. Chce poznawać swoją kulturę na własnych zasadach. Scena, w której się im z tego zwierza jest bardzo dobra. Pokazuje, że komunikacja jest ważną rzeczą w wszelkich relacjach, bo czasami drugiej osobie może coś umknąć i może nie zauważyć, że nas rani.

Relacje Yami z rodziną są ważną częścią książki. Mieszka z mamą i bratem. Wydaje jej się, że jej mama bardziej troszczy się o brata. Każe dziewczynie cały czas się nim opiekować. Mimo to, ma dobre relacje z bratem. Dogadują się i zawsze są dla siebie nawzajem oparciem. Tata dziewczyny został lata temu deportowany. Yami i jej brat kontaktują się z nim za pomocą komunikatorów internetowych. Dziewczyna ma z nim bardzo dobry kontakt, lepszy niż z mamą. Zwierza mu się i jest z nim szczera. Podczas książki te relacje przejdą próbę i na jaw wyjdą pewne trudne i nierzadko bolesne prawdy. Okaże się kto jest gotowy bezwarunkowo kochać, a kto nie.

Książka porusza także temat problemów psychicznych. Robi to w autentyczny i pełen empatii sposób. Pokazuje, jak czasami trudno powiedzieć bliskim, że coś jest nie tak, a także to, że bliscy mogą nie dostrzec twojego cierpienia i wcale nie jest to spowodowane ich złą wolą. Czasami po prostu każdy z nas jest zbyt zajęty własnymi problemami – szkołą, pracą, innymi zobowiązaniami. Ważne jest jednak to, by od czasu do czasu się zatrzymać i znaleźć czas dla innych ludzi, by ich wysłuchać. Relacje z innymi ludźmi są bardzo ważne i sprawiają, że życie staje się odrobinę łatwiejsze. Leczenie jest tu także pokazane jako niełatwa i nielinearna droga, która wymaga sporo wysiłku.

Książkę czytało mi się bardzo dobrze. Polubiłam głównych bohaterów i im kibicowałam. Cieszyłam się razem z nimi i smuciłam. Myślę, że wielu młodych ludzi zdoła znaleźć w tej powieści samych siebie. 


Krótko o mandze "Yona w blasku świtu" #20

Krótko o mandze "Yona w blasku świtu" #20

 



Będę się starała w taki bardzo krótki sposób komentować każdy tomik, począwszy od tego. Uznajcie to za nową serię. Zobaczymy co z tego wyjdzie. "Yona w blasku świtu" to dla mnie bardzo ważna seria, która wciągnęła mnie na powrót do świat mangi i anime. Bez zbędnej zwłoki, teraz już o tomiku. 

Bardzo dobry tomik, kontynuujący wątki z poprzedniego. Stoi postaciami i relacjami między nimi (dwa najważniejsze dla mnie aspekty). Widać jak bardzo rozwinęli się poszczególni bohaterowie i więzi między nimi. Wzruszający jest chociażby moment, w którym Hak przyznaje, że cieszy się, że ma u swojego boku smoki i, że może im ufać. Jest to bardzo znaczące dla postaci Haka, który na pierwszy rzut oka zdaje się być tym twardym wojownikiem, który potrafi poradzić sobie sam z wszelkimi przeciwnościami. Już wcześniej było sygnalizowane, że także on ma swoje słabości, ale tutaj szczególnie wybrzmiewa to, że także on potrzebuje wsparcia i pomocnej dłoni. Poza tym widać, jak bliskie stały mu się smoki. Wzruszyłam się, przyznaję.

Najwięcej emocji wzbudziła we mnie, jednak scena z Hakiem i Soo-Wonem. Uważam ich relację z jeden z ciekawszych wątków w całej mandze. Kiedyś przyjaciele, teraz wrogowie, a właściwie nie do końca wrogowie. To skomplikowane. Hak wciąż cierpi z powodu zdrady Soo-Wona i nie potrafi mu wybaczyć, co jest całkowicie zrozumiałe. Soo-Won był dla niego bardzo ważną osobą, którą podziwiał i której ufał. Był jego najbliższym przyjacielem. Widział go jako przyszłego króla, chciał mu służyć i być wobec niego lojalnym. Godził się nawet na to, żeby Soo-Won poślubił Yonę, mimo że darzył księżniczkę uczuciem. Był gotów stać u ich boku, podczas gdy ci by rządzili. Widać tutaj pewną rysę w relacji na linii Soo-Won - Hak. Hak nie postrzegał siebie jako równego Soo-Wonowi, stawiał go na piedestale. Byli sobie bliscy, ale był między nimi pewien dystans nie do przeskoczenia. 



W tym tomiku mają kolejny raz wspólny cel – zniszczyć twierdzę. Dostajemy przejmująca scenę, w której Soo-Wona i Haka dzieli mur. Mówi tylko Soo-Won, prosząc Haka, by podczas ataku ewakuował robotników. Hak milczy. Widzimy tylko reakcje jego ciała, które zamiera na dźwięk głosu Soo-Wona. Jego pełen mieszanki gniewu i smutku wzrok i dłoń, dotykającą desperacko ściany.

Kolejną mocną stroną tego tomiku jest Yona i Lili, które trafiły do twierdzy i są zmuszane do pracy. Również uwielbiam ich relację i chemię. Widzieliśmy je już w akcji w poprzednich tomikach. Lili wiele nauczyła się od Yony. Księżniczka zainspirowała ją do działania. Teraz obydwie nawzajem się inspirują i dodają sobie sił w tych trudnych chwilach, które właśnie przeżywają.

Teatr życia, czyli wrażenia po lekturze pierwszego tomu „Yuri to moja praca! - Schwestern in Liebe -”

Teatr życia, czyli wrażenia po lekturze pierwszego tomu „Yuri to moja praca! - Schwestern in Liebe -”

Uwaga! Tekst zawiera spojlery.



Na polskim rynku pojawiła się nowa manga z gatunku yuri/girls love (będę używać tych dwóch terminów zamiennie) pod tytułem „Yuri to moja praca! Schwestern in Liebe!” Bardzo mnie to cieszy, ponieważ jest u nas mało tego typu tytułów. Ponoć nie sprzedają się dobrze, a szkoda, bo można znaleźć pośród nich bardzo ciekawe opowieści o odkrywaniu siebie. Niektórzy narzekają, że to znowu kolejna historia, rozgrywająca się w liceum. Jest to po części słuszna uwaga. Na zagranicznych rynkach można zaobserwować większą różnorodność. Jest jednak pewne wyjaśnienie takiego stanu rzeczy, a nawet dwa. Szkolne historie są po prostu popularne. Poza tym początkowo i przez dużą część swojego istnienia właśnie takie dekoracje przywdziewało yuri. Gdzie zatem mieści się tutaj wspomniane „Yuri to moja praca!”?

„Yuri to moja praca” to ciekawy przypadek. Zacznijmy jednak od początku. Manga opowiada o Hime Shiraki, uczennicy pierwszej klasy liceum. Dziewczyna pragnie by wszyscy ją kochali i podziwiali, dlatego dokłada wszelkich starań, żeby postrzegano ją jako uroczą i niewinną istotkę. Sama określa to oblicze jako maską, którą nakłada, po to by osiągnąć swoje marzenie – poślubić bogatego mężczyznę i wieść życie w luksusach. Pewnego dnia, wracając ze szkoły, Hime buja w obłokach. Przez swoją nieostrożność wpada na dziewczynę, imieniem Mai. Doprowadza to do jej kontuzji. Teraz Hime, żeby odpłacić się za wyrządzoną krzywdę, musi zastąpić Mai w pracy. Okazuje się nim kawiarnia. Nie jest to jednak zwykła kawiarnia. Wszystko tutaj jest teatrem, stanowiącym uciechę dla klientów. Pracownice odgrywają role uczennic w prestiżowej, chrześcijańskiej szkole dla panien, nazywającej się Akademia Libe. Podczas wykonywania obowiązków Hime, nie znające jeszcze do końca zasad, nazywa jedną ze swoich współpracownic siostrą. Później okazuje się, że jest to tytuł, którym w Akademii Libe obdarzają się nawzajem osoby, które łączy szczególna więź. Dziewczyna, którą tak określiła Hime ma na imię Mitsuki. Przed klientami jest dla niej miła, a za kulisami wręcz przeciwnie. Później do akcji wkracza jeszcze jedyna przyjaciółka Hime, Mamiya. Martwiąc się o nią, trafia do kawiarni. Tam zostaje oblana przez Hime napojem. Mai oferuje jej ubranie na zmianę, uniform pracownic. Koniec końców, Mamiya także zostaje zatrudniona w kawiarni.

Mamy tutaj kilka ciekawych elementów, które warto byłoby omówić. Po pierwsze cały pomysł z Akademią Libe czerpie z tzw. Class S, czyli gatunku literackiego (jedna z definicji, ponieważ to także szersze zjawisko społeczne), w którym nasze dwie główne bohaterki - starsza (senpai) i młodsza (kohai) koleżanka, uczęszczające do prywatnej, dziewczęcej szkoły, nawiązują silną,  więź, ale jest ona platoniczna, nie ma nacechowania romantycznego ani seksualnego. Bohaterki zwykle cechuje piękno i niewinność. Gatunek ten miał wpływ na powstanie interesującego nas yuri. Pewne istniejące w nim wcześniej wspomniane tropy przedostały się do mang girls love. „Yuri to moja praca” ze swobodą do nich nawiązuje, wyśmiewa i parodiuje. Nasze bohaterki podczas pracy wcielają się w pewne archetypy postaci i uczestniczą w scenach, które już kiedyś się rozegrały. Pojawia się prywatna szkoła, starsza i młodsza koleżanka i wyjątkowa więź. Hime wkracza do tego świata, nie mając o nim pojęcia. Zaskakują ją także to jak bardzo jej nowe koleżanki różnią się od odgrywanych przez nie ról. Razem z nią odkrywamy zasady, rządzące tym teatrem, choć dla niektórych, zaczytujących się w yuri od lat, nie są one zapewne nowością. Od razu zaznaczę, że ja sama mam za sobą dopiero kilka mang yuri, zatem żaden ze mnie ekspert. Staram się jednak pogłębiać swoją wiedzę o tym gatunku.

Po drugie jest to historia o odgrywaniu ról nie tylko w przedstawieniu dla klientów, ale także w życiu. Hime wciela się w uroczą i niewinną dziewczynę, by wszyscy ją kochali. Twierdzi, że robi to dla płynących z tego korzyści i po to by zostać żoną bogatego mężczyzny. Wydaje mi się, że oprócz tego, boi się także odrzucenia. Obawia się, że jej prawdziwa twarz mogłaby nie zostać zaakceptowana. W przeszłości pewna osoba odkryła jej sekret i nie skończyło się to dobrze – lęki Hime wówczas się spełniły. Nasza bohaterka wchodzi także w rolę, której oczekuje od niej społeczeństwo. Dziewczyny powinny przecież być piękne i niewinne, a przy tym uległe i naiwne. Niemałym szokiem dla Hime jest to, że ktoś może jej nie lubić, a nawet nią gardzić. Próbuje zatem za wszelką cenę przekonać do siebie swoją współpracownicę Mitsuki. Jedyną osobą, która wie o maskaradzie Hime jest jej przyjaciółka Mamiya, dziewczyna nieśmiała i niepewna siebie.

Po trzecie, już w pierwszym tomie zarysowane zostają relacje między bohaterkami i można wyczytać dokąd będą zmierzać, oczywiście o ile osoba autorska nie zechce zaskoczyć nas w tej materii. Mamy Hime i Mitsuki, nasze główne postacie, których relacja zaczyna się nie najlepiej. Mitsuki darzy Hime niechęcią, karci ją za źle wykonaną pracę i jest ogólnie dla niej nieprzyjemna. Hime próbuje ją do siebie przekonać, przecież wszyscy muszą ją kochać. Jest jednak jedna scena, w której widać chwilowe ocieplenie Mitsuki wobec Hime. Dzieje się to wtedy kiedy Hime dziękuje Mitsuki za pomoc. Szybko jednak czar pryska i Mitsuki wraca do swojej wcześniejszej postawy. Jest to jednak przebłysk, który wskazuje na to, że być może gdzieś w głębi Mitsuki wcale aż tak nie gardzi Hime i że w przyszłości coś zmieni się w jej nastawieniu do koleżanki. Później dowiadujemy się także, że obydwie dziewczyny znają się z przeszłości i, że to Mitsuki jest tą pewną osobą, która odkryła sekret Hime. Dzieje się to jednak dopiero pod koniec tomiku. Na to, jak wpłynie to na relację Hime i Mitsuki będziemy musieli poczekać do następnego. Kolejną istotną relacją jest ta, łącząca Hime i jej przyjaciółkę Mamiyę. Obydwie zdają się być swoimi zupełnymi przeciwieństwami. Hime jest pewna siebie, a Mamiya nieśmiała. Mamiya zdaje się także darzyć Hime głębszym uczuciem, ale ta tego nie zauważa. Praca w kawiarni na pewno wpłynie na łączącą je więź. Myślę, że to właśnie tam Mamiya odnajdzie pewność siebie i odkryje własną wartość. Widać już tutaj potencjał do trójkąta. Zobaczymy czy zostanie rozegrany w satysfakcjonujący sposób z poszanowaniem dla każdej uczestniczącej w nim postaci czy wręcz przeciwnie. Mam nadzieję, że to pierwsze. Jeśli jeszcze okaże się, że Sumika darzy jakimś uczuciem Mitsuki to będziemy mieli czworokąt. Mamy tu potencjał na ciekawe i angażujące dramaty miłosne.

Te elementy sprawiają, że „Yuri to moja praca!” zapowiada się na obiecującą historię, wartą śledzenia. Ciekawe są już same dekoracje i nawiązanie do korzeni gatunku yuri. Postacie już w pierwszym tomiku zostały dobrze zarysowane i wydają się barwną gromadką. Każda z dziewczyn czymś się wyróżnia, kontrastują ze sobą. Nie mogę też doczekać się rozwinięcia zasygnalizowanych relacji. Cóż, czekam na drugi tomik!

Źródła:

1. https://en.wikipedia.org/wiki/Class_S_(genre)

2. https://en.wikipedia.org/wiki/Yuri_(genre)

3. https://www.hoodedutilitarian.com/2011/04/overthinking-things-04032011/

Podróż do własnego wnętrza, czyli przemyślenia po lekturze książki „Olga i osty”

Podróż do własnego wnętrza, czyli przemyślenia po lekturze książki „Olga i osty”

 



Naszej głównej bohaterce Oldze od jakiegoś czasu nie wiedzie się w życiu. Księgarnia, w której pracowała zostaje zamknięta, a ona od tej pory nie może znaleźć żadnej stałej pracy. W międzyczasie zajmuje się zleceniami korektorskimi i redaktorskimi. Płatności za jej pracę, jednak często się spóźniają. Przez co dziewczyna ledwo wiąże koniec z końcem. Wszystko się zmienia, kiedy ratuje rannego kota. Zwierzę zaprowadza ją do magicznej krainy, zwanej Zaświatem, gdzie rządzi królowa Ostów. Olga zostaje tam gospodynią w domu tajemniczego czarodzieja Arolda Gazzy.

W powieści przeplatają się ze sobą dwa światy – ten baśniowy, rządzący się swoimi własnymi prawami i ten bardziej rzeczywisty, nierzadko bolesny, taki, z którego czasami chciałoby się uciec. Nie są jednak oddzielnymi bytami - łączy je postać głównej bohaterki, ale nie w tak oczywisty sposób w jaki mogłoby się wydawać. Zaświat jest tajemniczą krainą, którą przemierzamy razem z Olgą. Początkowo, podobnie, jak główna bohaterka, niewiele o niej wiemy, ale z czasem odkrywamy niektóre jej tajemnice. Dowiadujemy się jakie rządzą nią mechanizmy – szare wysysają z niej kolory, a złotorożce ponownie nimi ją malują. Prawdziwy status tego świata długo, jednak nie zostaje przed nami odkryty i prawdopodobnie nigdy w pełni go nie poznamy. Wraz z bohaterką spędzamy jednak także dużo czasu w naszym świecie, głównie w Lublinie. To tutaj rozegrała się przeszłość Olgi, która pozostawiła za sobą rany – odejście ojca, trudna relacja z matką, nieudane narzeczeństwo. Teraźniejszość również nie jest łatwa. Olga opiekuje się chorą na raka płuc matką. Towarzyszą jej przy tym trudne, nie zawsze wydawać by się mogło adekwatne, emocje.

W rzeczywistym świecie rozegrał się także romans Olgi i poznanego przez nią podczas wakacji Dominika. Połączyła ich więź, opierająca się na wspólnych zainteresowaniach. Nie rozmawiali ze sobą o swojej przeszłości. Dominik jest drugą ważną dla powieści postacią. Jest fotografem, grafikiem i malarzem, który jest właśnie w trakcie rozwodu. Zarówno Olga, jak i Dominik są osobami, które skrywają w sobie wiele krzywd. To właśnie rozdziały poświęcone ich przeszłościom są jednymi z najmocniejszych i najboleśniejszych w całej książce. Obydwoje są samotnymi duszami, szukającymi i jednocześnie bojącymi się bliskości, przez obawę przed odrzuceniem i przeszłe doświadczenia. Myślę, że wiele osób może odnaleźć w zmaganiach Olgi i Dominika samych siebie. Problemy tej dwójki zostały opisane w wiarygodny i pełen współczucia sposób. Podczas lektury stali mi się wyjątkowo bliscy i poczułam z nimi pewną więź i wspólnotę doświadczeń, zwłaszcza z Olgą. Warto tutaj wspomnieć, że w powieści mamy do czynienia z dwoma sposobami narracji – pierwszoosobową i trzecioosobową. Pierwszoosobowa należy do Olgi. Przez większość powieści na świat, a raczej światy patrzymy jej oczami, co daje nam głębszy wgląd w jej psychikę, przez co właśnie szczególnie z nią można poczuć więź. Ma to także sens w kontekście całej książki, jak i późniejszych rozwiązań fabularnych.

W powieści pojawiają się nie tylko motywy baśniowe, ale także i oniryczne. Czasami nie sposób je odróżnić, są aż tak ze sobą splecione. Trudno powiedzieć co jest prawdą, a co wytworem ludzkiej wyobraźni, i właśnie to jest najlepsze, bo daje pole do własnych interpretacji. Oprócz baśniowej krainy mamy także do czynienia z podróżami w czasie, alternatywnymi światami, duchami i wieloma, wieloma innymi rzeczami.

„Olga i osty” okazała się opowieścią o dziewczynie, która nosiła w sobie wiele niezagojonych ran z przeszłości i o radzeniu sobie z nimi. Nasza główna bohaterka musiała skonfrontować się ze swoim ja, a może nawet wieloma ja, by wreszcie zacząć drogę ku uzdrowieniu. Myślę, że Olga może stać się bliska bardzo wielu osobom, zmagającym się z podobnymi problemami. Każdy z nas ma wszak jakieś nieprzepracowane rany z przeszłości. Niektórzy z nas także uciekają przed samym sobą. Ta opowieść pozostanie ze mną jeszcze długo, dzięki swej baśniowości, realizmowi i przede wszystkim szczerości.

Poplątane relacje międzyludzkie, czyli wrażenia z lektury "Mój drogi bracie"

Poplątane relacje międzyludzkie, czyli wrażenia z lektury "Mój drogi bracie"

 



Chciałam polecić Wam wyjątkową mangę pod tytułem „Mój drogi bracie”. Jest to historia, która została napisana i zilustrowana przez Riyoko Ikedę, legendarną mangaczkę, która w latach 70-tych, wraz z innymi kobiecymi autorkami, zrewolucjonizowała mangę shoujo, nie stroniąc przy tym od trudnych tematów, wcześniej nie zgłębianych w tego typu opowieściach. Warto także napomknąć, że tytuł ten jest jednym z prekursorów uwielbianego przeze mnie gatunku girls love. Bez „Mój drogi bracie” nie mielibyśmy „Gdy zakwitnie w nas miłość” czy „Cichej piosenki o miłości”.

„Mój drogi bracie” opowiada o losach Nanako Misonoo, która rozpoczyna naukę w prestiżowej, dziewczęcej szkole Seiran. Zostaje tam przyjęta do bractwa Soriority, ekskluzywnego klubu, który rządzi całą szkołą. Poznaje przy okazji trzy najpopularniejsze uczennice – wyniosłą Fukiko Ichinomiyę, szefową wcześniej wspomnianego Soriority, pełną życia kapitan drużyny koszykarskiej Kaoru Oriharę, zwaną księciem i tajemniczą, muzycznie uzdolnioną Rei Asakę, której nadano przydomek Saint-Just, po francuskim rewolucjoniście, słynącym z okrucieństwa. Nanako wplątuje się w skomplikowaną sieć relacji, łączącą te dziewczyny. Musi także mierzyć się z prześladowaniami, które rozpoczynają się po jej przyjęciu do bractwa – wiele uczennic uważa, że została członkinią nieuczciwie. Swoje przeżycia relacjonuje w listach do pewnego studenta, którego nazywa bratem. To podstawy tej opowieści, ale jest w niej znacznie więcej.

Manga opowiada przede wszystkim o relacjach międzyludzkich. Przez całą historię obserwujemy ich szerokie spektrum – od tych pozytywnych przez te negatywne - oraz to jaki mają wpływ na osobę i jej życie. Autorka nie boi się pokazywać toksycznych więzi, które mogą być dla człowieka jedynie destrukcyjne. Nanako nawiguje, nierzadko z trudem, swoje relacje i jest widzem tych, znajdujących się poza nią. Najbardziej zbliża się do wcześniej wspomnianej Rei. Pierwsze spotkanie tej dwójki jest pełne romantyzmu – Nanako potyka się w autobusie, a Rei ratuje ją przed upadkiem, chwytając w swe ramiona. Zupełnie jakby połączyło je przeznaczenie. Później wpadają jeszcze na siebie kilka razy, coraz bardziej się do siebie zbliżając. Nanako zakochuje się w Rei – jest to jej pierwsza prawdziwa miłość – młodzieńcza i niewinna. Wielokrotnie ich więź zdaje się być jednak bardzo jednostronna – w tę relację całe swoje serce wkłada tak naprawdę wyłącznie Nanako, podczas gdy jest tylko jedna osoba, której Rei jest w pełni i ślepo oddana i nie jest nią Nanako. 

Tutaj wypadałoby napomknąć, że Rei jest moją ulubioną postacią z tej mangi. Dlatego też chcę ją trochę, może nie tyle co usprawiedliwić, ale wyjaśnić jej zachowanie i dać pole do zrozumienia. Jest bohaterką skomplikowaną i pełną sprzeczności. Zdaje się być osobą odległą, żyjącą we własnym świecie, ale tak naprawdę jest przy tym bardzo samotna i desperacko pragnie miłości, tyle tylko, że szuka jej w niewłaściwych miejscach, nie dostrzegającą przy tym tej, którą ma wokół siebie. Jak już wspomniałam jest zapatrzona tylko w jedną osobę. Nie obwiniam jej jednak za to – niełatwo wyrwać się z toksycznej relacji i w pełni uwolnić się spod jej wpływu, zwłaszcza, że więź ta została nawiązana jeszcze w dzieciństwie – zrodziła się z podziwu, ale też z poczucia niższości. Jest to jedna z relacji, którą Nanako obserwuje. Osobą, od której tak zależna jest Rei jest nikt inny, jak Fukiko Ichinomiya, dystyngowana szefowa Soriority, za której pięknem i dumą kryje się okrucieństwo i zazdrość. Przeciwwagą dla Fukiko, pozytywną siłą w życiu Rei jest Kaoru Orihara. Jest ona przyjaciółką Rei, kimś kto chce jej pomóc się wyzwolić. Nie zawsze jednak udaje jej się do niej dotrzeć. Ciekawym motywem ich relacji jest pewne przeciwieństwo w ich podejściu do życia – Rei wyniszcza swoje zdrowie nadużywaniem lekarstw, wielokrotnie prezentuje też autodestrukcyjne zachowania, zupełnie jakby nie zależało jej na życiu, Kaoru natomiast ma duże problemy ze zdrowiem, ceni życie. To powoduje często między nimi rozłam – jedna nie jest w stanie zrozumieć drugiej. Brak chęci życia i skazanie na życie oraz chęć życia i skazanie na śmierć. 

Już sama dynamika między tymi trzema bohaterkami przemawia za sięgnięciem po tę mangę. Wszystkie trzy są też postaciami złożonymi - podczas trwania opowieści powoli zostają nam pokazane ich kolejne warstwy, aż docieramy do samego wnętrza, by zobaczyć je w chwili słabości. Po środku tego wszystkiego stoi nasza główna bohaterka Nanako, która chcąc czy nie chcąc zostaje w to wszystko wplątana. To ona jest narratorką, to jej oczami wszystko obserwujemy i interpretujemy.



„Mój drogi bracie” to opowieść o ludzkich uczuciach i relacjach. Nasza główna bohaterka poznaje różne osoby i doświadcza wielu emocji – zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych. Każde z tych spotkań ma na nią jakiś wpływ i uczy ją czegoś nowego o ludzkim doświadczeniu. Zupełnie, jak w prawdziwym życiu. Ludzie przychodzą odchodzą, ale zawsze coś po sobie pozostawiają. Warto przeczytać tę mangę dla świetnie napisanych postaci i równie świetnie rozpisanych relacji między nimi.

(Nie tak) drobne nieporozumienia, czyli "Cicha piosenka o miłości" #1

(Nie tak) drobne nieporozumienia, czyli "Cicha piosenka o miłości" #1

 


Cicha piosenka o miłości to moja pierwsza manga girl's love. Oczywiście czytałam już komiksy, webkomiksy i książki o miłości dwójki dziewczyn, ale mangi jeszcze nie. Jestem zatem tu nowa i nie znam wszystkich mechanizmów, rządzących gatunkiem. 

Streszczę Wam najpierw po krótce o czym jest ta opowieść. Dalej będą spojlery! Himari Kino rozpoczyna właśnie naukę w liceum. Na ceremonii rozpoczęcia roku szkolnego odbywa się występ zespołu muzycznego, składającego się z czterech dziewczyn. Himari zostaje wówczas oczarowana przez głos wokalistki imieniem Yori. Wkrótce dochodzi do kluczowego dla całego tomiku, i z pewnością całości, wyznania. Himari wyraża swój zachwyt przed Yori, ale używa dość szczególnych słów - "Od razu się zakochałam". Chodzi oczywiście o głos Yori, ale starsza koleżanka odbiera tę wypowiedź w inny sposób, niż Himari by tego oczekiwała. Odczytuje ją jako wyznanie miłości romantycznej.



Wydarzenia widzimy z dwóch perspektyw - perspektywy Himari i perspektywy Yori. Ta pierwsza jest dość niewinna i skupiająca się na miłości do muzyki, druga natomiast jest nieco dojrzalsza, ale także zagubiona i niepewna, i skupiająca się na miłości romantycznej, którą Yori czuje po raz pierwszy, zatem także i tutaj jest trochę tej niewinności. Obie dziewczyny podczas całego tomiku lepiej się poznają - spotykają się na szkolnym dachu, później wybierają się na weekendowy festiwal gadżetów z kotami, które obie uwielbiają. Dochodzi także do drobnych nieporozumień i błędnego odczytywania intencji. Myślę, że to całkiem dobry obraz pierwszej miłości, pełnej niepewności i strachu o to czy jest odwzajemniona. Kończy się na tym, że Yori wyznaje Himari, że chce z nią chodzić, co wywołuje w młodszej koleżance masę wątpliwości. 


Była to bardzo przyjemna lektura. Historia jest lekka i urocza. Postacie dają się lubić, są sympatyczne i mają bardzo ludzkie dylematy na temat miłości. Jestem ciekawa co wydarzy się dalej i czy Himari też zacznie czuć coś głębszego. Cóż, przekonam się w kolejnym tomie. 

PS. Nie umiem robić zdjęć. Wybaczcie. 

Kiedy ujawniają się prawdziwe kolory (także dosłownie), czyli przemyślenia po finałowym odcinku drugiego sezonu "Płazowyżu"

Kiedy ujawniają się prawdziwe kolory (także dosłownie), czyli przemyślenia po finałowym odcinku drugiego sezonu "Płazowyżu"


Obraz autorstwa Danny Ducker

Uwaga, będą spojlery!

True Colors sprawdza się doskonale jako zamknięcie drugiego sezonu Płazowyżu. Domyka pewne wątki i otwiera nowe – odpowiada na niektóre pytania dotyczące mitologii serialu, by za chwilę zadać nowe.

Najważniejsze są jednak postacie – ich motywacje, działania i relacje z innymi postaciami. Na pierwszy plan wychodzą trzy dziewczyny, które trafiły do innego świata, czyli Anne, Sasha i Marcy oraz łącząca je skomplikowana przyjaźń.

Każda z nich po trafieniu na tytułowy Płazowyż przeżyła różne przygody i przeszła przemianę. Najbardziej z całej trójki rozwinęła się chyba Anne, która z dala od swoich przyjaciółek zdała sobie sprawę z własnej wartości i nauczyła się walczyć o swoje i o samą siebie. Podczas pobytu w Wartwood popełniła wiele błędów, ale za każdym razem starała się je naprawiać i wyciągała z nich lekcję. Spotkanie Plantarów miało na nią pozytywny wpływ. Stali się jej wyjątkowo bliscy. Przyjęli ją do swojej małej rodziny. Jestem daleka od stwierdzenia, że Sprig był jej pierwszym prawdziwym przyjacielem, bo mimo, że pokazał jej na czym tak naprawdę polega przyjaźń, to nie wymazuje to tego, że Sasha i Marcy były dla niej bardzo ważne i łączyła je silna, nie do końca zdrowa, ale silna więź.  Pozostałe dwie bohaterki również się rozwinęły, ale zarazem w pewnym stopniu uwypukliły się ich negatywne cechy. Sasha jako naturalna przywódczyni od razu poradziła sobie w nowym otoczeniu, nawet jeśli nie było ono dla niej początkowo przyjazne. Dzięki swojemu sprytowi i urokowi osobistemu przekonała do siebie ropuszych żołnierzy, a następnie ich kapitana. W drugim sezonie postawiła sobie za cel przejęcie władzy na całym Płazowyżu. Po ponownym spotkaniu Anne i Marcy zaczyna jednak mieć wątpliwości. Nie jest do końca pewna, czy tak naprawdę pragnie władzy. Zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że zależy jej  na innych, że nie chce zawieść ich zaufania. Marcy po trafieniu na Płazowyż zyskała szansę na przeżycie fantastycznej przygody, czegoś wprost z jej książek i gier. To było dla niej jak spełnienie marzeń. Od razu się tam odnalazła. Stała się doradczynią samego króla, wprowadziła ulepszenia w mieście i zyskała nawet własny pomnik.

Nic nie jest jednak takie jakim się wydaje. W ostatnim odcinku drugiego sezonu na jaw wychodzą tajemnica. Najpierw karty odkrywa Sasha. Jej zdrada boleśnie godzi w Anne, która bardzo chciała ponownie jej zaufać i odbudować z nią przyjaźń. Później następuje odkrycie, że król Andrias jest zły. Coś czego chyba wszyscy się spodziewaliśmy. Wreszcie ujawniona zostaje prawda o tym, jak dziewczyny trafiły na Płazowyż. Andrias wyjawia, że Marcy to zaplanowała. W smutnej scenie dziewczyna wyznaje, że nie chciała po prostu rozstawać się z przyjaciółkami, że nie chciała zostać zupełnie sama. Spotyka ją niestety to czego chciała tak bardzo uniknąć. Wszyscy się od niej oddalają. Zostaje na kolanach, w odosobnieniu. Podróż na Płazowyż była zatem dla niej nie tylko szansą na przeżycie przygody w świecie fantasy, ale także i ucieczką przed rzeczywistością, próbą zatrzymania czasu. Dziewczyna musiała nie mieć też najlepszych relacji z rodzicami skoro zareagowała w taki sposób na wieść o przeprowadzce i zaufała Andriasowi, dlatego że był dla niej miły. Innym elementem, który można tu jeszcze dostrzec jest silne przywiązanie Marcy do przyjaźni z Anne i Sashą. Dziewczyna nie dostrzega oczywistych problemów w tej relacji, wypiera je. Stąd jej częste próby godzenia Anne i Sashy, gdy Anne ma pełne prawo być zła.

Prawda o Marcy jest dla trójki dziewczyn najboleśniejsza. Anne wyznaje, że tęskniła za swoim starym życiem, za rodzicami. Sasha po prostu się odsuwa. Nie mówi za czym tęskni, ale oczywiste jest, że ma Marcy za złe, że ściągnęła ją na Płazowyż. Wiemy, że Sasha była kapitanem cheerlederek, że w szkole ją szanowano i że chroniła Marcy i Anne przed dręczycielami. Nie mamy natomiast informacji o tym, jak wyglądało jej życie rodzinne. Prawdopodobnie idę już tutaj za daleko, ale może, podobnie jak w przypadku Marcy, nie było najlepsze. A może po prostu poczuła się zdradzona i nie mogła znieść tego, że kontrola, którą tak bardzo sobie ceni została jej odebrana. 

Tak naprawdę najbardziej wrócić chciała Anne. Marcy i Sasha już nie tak bardzo. Marcy chciała podróżować po kolejnych światach, a Sasha rządzić Płazowyżem. Musiały zatem nie mieć do czego wracać. Anne natomiast miała. Czekał na nią kochający dom.

Anne ostatecznie mówi, że ich trójka może popełniła błędy, ale że to Andrias jest tym złym. Oznacza to, że relację między dziewczynami może jeszcze da się naprawić, że dadzą sobie nawzajem szansę. Ale najpierw muszą przyznać przed sobą, że coś było nie tak i postarać się to przepracować. Widoczne jest również to, że zależy im na sobie, że są gotowe chronić siebie nawzajem.

Jedną z najmocniejszych scen w odcinku jest ta, w której król Andrias wyrzuca przez okno Spriga. To skupienie na Anne, spowolnienie, montaż z wspólnymi wspomnieniami (ending z pierwszego sezonu przerobiony na scenę to coś pięknego) i wreszcie przemiana dziewczyny w niebieską super-formę. Jeszcze ta surowość słów Anne do króla – „Give him back!”. Brawa dla aktorki za przelanie w tę jedną kwestię tyle emocji. Walka z królem została zaanimowana po mistrzowsku – jest dynamiczna i płynna. A muzyka! Muzyka podczas tej sceny jest przepiękna! 

Drugą mocną sceną jest oczywiście ta, w której król Andrias przeszywa Marcy mieczem. Dziewczyna w ostatnich chwilach mówi jeszcze do Anne: „I’m sorry for everything”. To przed tym ostrzegała początkowa plansza. Za pierwszym obejrzeniem nie mogłam uwierzyć w to co zobaczyłam. Byłam w szoku, z szeroko otwartą buzią. Nie spodziewałam się, że twórcy zdecydują się na zrobienie czegoś tak drastycznego.

Marcy i Sasha zostają na Płazowyżu, a Anne i Plantarowie trafiają do naszego świata. Na samym końcu pokazana zostaje jeszcze czołówka trzeciego sezonu, ale jej już nie będę omawiać, bo wymagałoby to poświecenia uwagi różnym drobiazgom. Może kiedy indziej, albo nigdy. 

 Wrażenia po pierwszym odcinku drugiego sezonu "The Owl House"

Wrażenia po pierwszym odcinku drugiego sezonu "The Owl House"


Wyłożę dla Was moje wrażenia po pierwszym odcinku drugiego sezonu "The Owl House". Zrobię to w punktach, żeby było trochę bardziej uporządkowane. I tak spodziewajcie się niemałego chaosu. Dobra, zaczynamy. Będą spojlery. Wróćcie zatem, jak już obejrzycie.

– Pierwsza scena odcinka nawiązuje do pierwszej sceny z serialu w ogóle. Tyle, że teraz to Luz występuje w roli bohaterki, walczącej z potworami. Oczywiście mamy tu mały, komediowy twist. Bestia z którą się mierzy okazuje się wcale nie taka straszna.

– Czołówkę widziałam już wcześniej. Powiem tylko, że jest cudna - świetnie zaanimowana i klimatyczna. Kolory zmieniły się także względem pierwszej, są ciemniejsze, prawdopodobnie wskazują na zmianę tonu serii na nieco mroczniejszą.

– W następnych scenach Luz nagrywa filmik dla swojej mamy. Przedstawia jej, jak wygląda sytuacja (robi takie mały podsumowanie tego co działo się w ostatnich odcinkach pierwszego sezonu) i przy okazji zaznajamia ją z mieszkańcami Sowiego Domu. Obecnie cała drużyna ma problemy finansowe i muszą parać się pracą łowców nagród.

– Podczas tego krótkiego montażu dla mamy Luz, mamy kapitalną komediową scenę z Edą i Kingiem. Czarownica tworzy dla siebie nową broń, coś w rodzaju włóczni. Wmawia potem Kingowi, że jabłko będzie świetną czapeczką, tak żeby móc celować w niego włócznią. King to kupuje. Luz ostatecznie ochrania go przed rzutem Edy. Bardzo mnie to rozbawiło.

– W kolejnej scenie cała ekipa udaje się do miasta, żeby odebrać nagrodę. Dostają złamanego grosza. Dosłownie. Kolejny, fajny komediowy myk.

– Pierwszy raz zostaje wspomniany Golden Guard, który już od dawna był hypowany w fandomie.

– Luz podsłuchuje rozmowę Edy i Lilith, w której pierwsza z wymienionych wyznaje, że rezygnuje z innych rzeczy, by kupować jedzenie dla Luz. Dziewczyna zaczyna czuć się winna za obecną sytuację. Postanawia ruszyć na polowanie na morskiego potwora, żeby zdobyć trochę pieniędzy. Obserwuje ją Golden Guard.

– Tymczasem Lilith spogląda na spalony plakat ze swoją podobizną. Jest wyraźnie zawiedziona samą sobą i tym, jak wygląda teraz jej życie. Bardzo w ogóle cieszę się, że Lilith mieszka teraz ze spółką. Bardzo na to liczyłam po zakończeniu pierwszego sezonu.

– Eda wpada na pomysł, żeby sprzedawać eliksiry. Zostawia Lilith i wesoło życzy jej dobrej zabawy w użalaniu się nad sobą, co jest bardzo zabawną sceną, ilustrująca nam, jak teraz wygląda dynamika dwóch sióstr.

– Lilith chce jakoś odkupić się za rzucenie klątwy na Edę. Postanawia zrobić eliksir szpiegujący, dzięki któremu będą mogli zajrzeć do zamku cesarza Belosa. Nachodzi ją Hooty. I właśnie tutaj zaczyna się najlepszy wątek.

– Hooty oferuje Lilith pomoc. Nazywa ją Lulu, co jest urocze. Ta odrzuca jego ofertę i idzie sama poszukiwać składników na eliksir. Hooty i tak za nią podąża, wypowiada wówczas takie słowa: "A good friend would respect her wishes. But a better friend would help no matter what." I za to kocham Hooty'ego. Zawsze go w sumie lubiłam, przed całym fandomem.

– Luz i King są tymczasem na statku. Kapitan zleca Luz różne zadania. Mamy mały montaż, podczas którego je wykonuje. Doskonale się spisuje. Widać, jak bardzo rozwinęła się w używaniu magii, jak bardzo pomysłowa jest w jej wykorzystywaniu.

– King przypadkiem trafia do tajemniczego pokoju. Tam orientuje się, że statek należy do cesarza. Chce ostrzec Luz, ale łapie go Golden Guard.

– Lilith szuka składników na eliksir. Następny jest miód ognistych pszczół. Gdy już do nich dociera, te ją atakują. Nie może sobie z nimi poradzić. Ucieka.

– Lilith ma kryzys. Wiele w jej życiu się zmieniło. Kiedyś szanowana, teraz uważana za zdrajczynię. Bardzo ciekawie ogląda się to, jak reaguje na tę nową sytuację, jak trudno jej się przyzwyczaić. Lilith jest jedną z ciekawszych postaci w całym serialu. Czekam z niecierpliwością, jak się rozwinie w tym sezonie.

– Zjawia się Hooty. Znowu oferuje pomoc. Lilith znowu ją odrzuca. Stwierdza, że musi zrobić to sama.

– Tymczasem statek, na którym płynie Luz, natrafia na potwora. Luz zaczyna walczyć z bestią. Prawie ją łapie. Znowu w ciekawy sposób wykorzystuje magię. Ktoś tymczasem kradnie pieniądze. Luz rusza za nim. Okazuje się, że to Eda. Wygląda przepięknie w pirackim stroju! 

– Na scenę oficjalnie wkracza Golden Guard. Trzyma Kinga w klatce.

– Eda stwierdza, że istota, którą ściga cesarz jest pokojowo nastawiona i że ją prowokują.

– Luz i Eda walczą z Golden Guardem. Z łatwością je pokonuje. Widać, że jest trudnym, sprytnym przeciwnikiem, do tego wygadanym i zuchwałym.

– Golden Guard każe Edzie lub Luz zabić bestię. Luz zgłasza się do tego zadania.

– Tymczasem Lilith jest otoczona przez ogniste pszczoły. Nie może z nimi wygrać. W końcu woła o pomoc. Z odsieczą przybywa Hooty. Pokonuje pszczoły, Lilith mu nawet klaszcze, co jest przeurocze.

– W innym miejscu, Eda podąża za Luz. Chce ją powstrzymać. Mówi, że znajdą inny sposób. Luz upiera się, że musi zrobić to sama. Mamy tu motyw spajający dwa ploty tego odcinka - odrzucanie pomocy i chęć mierzenia się ze wszystkim samemu.

– Eda przypomina Luz o "Us weirdos, have to stick together", co jest wzruszającym callbackiem do pierwszego odcinka serialu.

– Luz wyznaje, że obwinia się o to, że Eda straciła magię i o całą obecną sytuację. Rusza, by zawalczyć z bestią. Przegrywa. W ostatniej chwili ratuje ją Eda. Jesteśmy świadkami wzruszającej, pięknej sceny, która pokazuje jak bardzo rozwinęła relacja Edy i Luz. Czarownica przypomina Luz, jak bardzo zmieniła jej życie na lepsze. Kończy się pięknymi słowami Edy: "So, unfotunately for you, my life is pretty great, because I'm friends with Luz the human." Luz rzecz jasna mocno się wzrusza. Odkrywają, że bestia ma dziecko. Luz pyta Edę, czy chce nauczyć się swojego pierwszego glifu.

– Tymczasem Golden Guard zabawia się Kingiem. Ta scena była już w zwiastunie. Nie będę jej zatem szerzej omawiać.

– Eda i Luz odgrywają przed Golden Guardem teatrzyk. Udają, że pokonują bestię. Golden Guard w końcu odlatuje. Całkiem zabawna i ciekawa postać. Zobaczymy, jak dalej się rozwinie.

– Wszystko kończy się dobrze. Bestia obdarowuje Luz i Edę jakąś złotą mazią, która jest warta fortunę.

– Lilith tymczasem opatruje Hooty'ego. Przyznaje, że trudno jej prosić o pomoc. Nazywa Hooty'ego Hootciferem. Ten cieszy się z ksywki.

– Eda, Luz i King wracają do domu. Lilith pokazuje siostrze eliksir, który dla niej zrobiła.

– Eda ma dobry humor. Proponuje, że porysują twarze na Hooty'm. Lilith oferuje, że go obroni, co jest absolutnie przeurocze. "I will protect you Hootcifer".

– Ostatnia scena należy do cesarza Belosa. Stoi przy niedokończonym portalu i mówi przerażające: "Knock, knock, human."

Podsumowując, bardzo dobry początek sezonu, zarysowujący obecną sytuację postaci. Mieliśmy też całkiem zgrabny morał o tym, że nie ma nic złego w proszeniu o pomoc. Mnie osobiście najbardziej kupiły przygody Lulu i Hootcifera.

 

Za co kocham OK K.O.! Let's Be Heroes?

Za co kocham OK K.O.! Let's Be Heroes?

Na początek

Opowiem wam dzisiaj o tym za co kocham kreskówkę pod tytułem: OK K.O.! Let’s Be Heroes, która odeszła zbyt wcześnie. Najpierw może trochę podstawowych informacji na jej temat. Jest to amerykańska produkcja z 2017 roku. Tak, sprzed trzech lat. Swój żywot zakończyła po ledwie dwóch. Jej twórcą jest Ian Jones-Quartey, który pracował także przy Stevenie Universie. Opowiada o chłopcu imieniem KO, który marzy o tym by zostać wielkim bohaterem. W tym celu rozpoczyna pracę w, znajdującym się w Lakewood Plaza Turbo, sklepie dla bohaterów, należącym do podziwianego przez niego Pana Gara. Przeżywa on wiele zwariowanych przygód – walczy z złoczyńcami, zdobywa przyjaciół i uczy się co to znaczy być bohaterem. Tak można byłoby w najprostszy sposób opisać tę historię. Ma jednak znacznie więcej do zaoferowania, niż mogłoby się wydawać. Teraz przejdę do konkretów. Zacznę wyliczać elementy (trochę hierarchicznie, a trochę nie), które sprawiły, że pokochałam tę kreskówkę. Będzie to dość subiektywny, luźny tekst o moich osobistych odczuciach, towarzyszących mi podczas kilkukrotnego oglądania tej serii. Mam jednak nadzieję, że uda mi się kogoś zachęcić do jej obejrzenia. Chociaż jedną osobę. Postaram się unikać spojlerów na tyle na ile to możliwe.


Postacie

Jedną z największych zalet tej kreskówki są niewątpliwie postacie, które tworzą różnorodną gromadkę. Zacznę od głównego bohatera, naszego niezłomnego KO. Jak już zostało wcześniej wspomniane marzy o tym by zostać wielkim bohaterem. Ale to nie jego jedyna charakterystyka. Warto dodać, że uwielbia pomagać innym i ponad wszystko kocha swoją mamę i przyjaciół. Jego hobby jest natomiast zbieranie kart mocy, na których widnieją różni bohaterowie. Ma dużą wiedzę o różnych bohaterach. Bardzo angażuje się w nową pracę i chętnie wykonuje powierzane mu obowiązki. Jest także bardzo energiczny, pełen entuzjazmu, nadpobudliwy i posiada dużą wyobraźnie. Jednym z zabawniejszych elementów jego postaci są wewnętrzne, wzniosłe monologi, które często sam do siebie wygłasza podczas wykonywanie najbardziej zwyczajnych obowiązków. 

Podczas całej opowieści chłopiec dorasta i mierzy się z kolejnymi przeciwnościami. Uczy się, że droga do stanie się bohaterem nie jest łatwa i że wymaga ciężkiej pracy. Jest to o tyle ważne, że zdarza mu się porównywać do innych i być niezadowolonym z tego, że nie jest wystarczająco silny, przez co bywa czasami niecierpliwy i impulsywny. Wiąże się to z większym, interesującym wątkiem, o którym jednak nie będę się rozpisywać, ponieważ jednym z celów tego tekstu jest zachęcenie do obejrzenia tej świetnej serii, a to byłby dość duży spojler. Może kiedyś napiszę większy spojlerowy tekst. Wracając do KO, z opisu może wydawać się typowym protagonistą, znanym z wielu serii, ale jest pewien element jego postaci, który zdecydowanie sprawia, że wyróżnia się na tle pozostałych, a jest to wcześniej wspomniana niepewność siebie, która przejawia się przede wszystkim w strachu przed byciem niewystarczająco dobrym, co jest jak dla mnie jest wyjątkowo prawdziwe, a wręcz boleśnie prawdziwe. Myślę, że aspekt ten sprawia, że KO staje się nam bliski.

Teraz opowiem o dwóch najlepszych przyjaciołach, a zarazem współpracownikach KO – Enid i Radzie, którzy są także niejako głównymi bohaterami tej opowieści. Zacznę od Enid. Enid jest nastolatką o ciętym języku i wyluzowanym usposobieniu, która pracuje na kasie w sklepie u pana Gara. Początkowo może wydawać się zimna i zdystansowana, ale tak naprawdę to tylko fasada. Dziewczyna w przeszłości została skrzywdzona przez bliską osobę i teraz ma problem z zaufaniem i otworzeniem się na innych. Tu często wkracza KO, który jako jedyny potrafi tak naprawdę dotrzeć do Enid i roztopić jej lodowate serce (dosłownie). Relacja między tą dwójką jest bardzo dobrze rozpisana i przeurocza. Enid jest dla KO jak taka starsza, fajna siostra. Innym elementem postaci Enid, o którym warto, a nawet należy wspomnieć, jest to, że próbuje wszystko sobie poukładać i zrozumieć kim tak właściwie jest. Dziewczyna jest w trakcie poszukiwania, i dookreślania swojej tożsamości. Wiąże się z tym po części wątek z rodziną Enid, który w pewnym stopniu tłumaczy jej wewnętrzne zagubienie i sprzeczność, którą odczuwa. Nie będę się jednak rozpisywać na jego temat, bo spojlery. Na wielu poziomach można się z tą postacią utożsamiać i znaleźć w jej doświadczeniach swoje doświadczenia. Oprócz tego Enid jest wprawną ninja (stosuje różne techniki, takie jak na przykład sztuczka z pieńkiem), która wymiata w walce. W pierwszym poście wspominałam o reprezentacji w kreskówkach. Enid jest jednym z jej przykładów. Dziewczyna identyfikuje się jako osoba biseksualna. Może nie jest to nigdy powiedziane w prost, ale dostajemy kilka wskazówek, które to potwierdzają. Teraz będzie mały spojler. Wybaczcie mi. W pewnym momencie serii Enid zaczyna chodzić z inną, równie ciekawą co ona, bohaterką kobiecą.

Teraz przyszedł czas na Rada. Rad pracuje u pana Gara jako magazynier. Jego głównym zajęciem jest dźwiganie pudełek. Chłopak podobnie, jak Enid, jest nastolatkiem. W jego przypadku pierwsze wrażenie także jest mylące. Na początku wydaje się, że jest zadufanym w sobie osiłkiem, potrafiącym jedynie chwalić się i prężyć muskuły. Później okazuje się, że tak naprawdę jest w nim znacznie więcej. Za jego zachowaniem kryje się tak naprawdę strach przed wykluczeniem oraz próba dostosowania się do jedynego, właściwego wzorca męskości. Chce uchodzić za twardziela, który lubi tylko to co prawdziwie męskie. Bardzo zależy mu również na opinii innych (często nie tych osób co trzeba) i chce być ponad wszystko uważanym za fajnego gościa. Ukrywa przez to rzeczy, które lubi i wstydzi się przyznać, że ma wrażliwszą stronę – jest tak naprawdę bardzo troskliwą i ciepłą osobą. W tym jak napisana jest postać Rada można dostrzec komentarza na temat toksycznej męskości oraz ostrzeżenia przed nią i jej wpływem na młodych mężczyzn, ale nie tylko – może służyć także jako przedstawienie problemu jakim jest presja ze strony kolegów. Warto dodatkowo nadmienić, że podobnie, jak Enid, Rad także próbuje zrozumieć kim jest i poszukuje samego siebie. W pewnym momencie również tutaj wkracza wątek rodzinny, o którym powiem tylko tyle, że wiąże się z byciem dzieckiem imigrantów. Rad jest bowiem kosmitą pochodzącym z planety X.

Opisana przeze mnie trójka tworzy zgraną paczkę przyjaciół i niezastąpioną drużynę, walczącą ze złoczyńcami. Relacje między nimi są rozpisane w sposób wiarygodny i ujmujący. Bardzo łatwo uwierzyć w łączącą ich przyjaźń – w jednym z pierwszych odcinków siłą tej przyjaźni nasi bohaterowie nokautują swojego przeciwnika w przezabawnej scenie. Ich interakcje ogląda się z wielką przyjemnością i nie raz robi się przez nie ciepło na serduszku. KO, Rad i Enid troszczą się o siebie nawzajem, wspólnie wpadają w tarapaty i razem się wygłupiają kiedy nadarzy się ku temu okazja. Myślę też, że z każda z tych trzech postaci zmaga się z problemami, które mogą być bliskie wielu osobom. Jeśli mam być szczera to widzę trochę siebie w każdym z nich. Uważam że ich zmagania z sobą i z otaczającym światem zostały przedstawione w szczery sposób.

Kolejną postacią o której chciałabym wam opowiedzieć jest Carol, mama KO. Kobieta zajmuje się chłopcem samotnie. Łączy ich silna więź, opierająca się na szczerej miłości i wzajemnej trosce. Carol stara się jak najlepiej wychować KO, tak by był dobrym człowiekiem. Jest pierwszą nauczycielką chłopca w kwestii bohaterstwa – trenuje z nim. Często udziela mu ważnych życiowych lekcji i przypomina o tym, że droga do stania się bohaterem nie jest łatwa i że każdy od czegoś zaczynał. Jest doświadczoną bohaterką, która posiada dużą wiedzę i umiejętności i potrafi skopać tyłek. W pewnym momencie poznajemy jej przeszłość i dowiadujemy się, że musiała zmierzyć się z stratą i samotnością. Ciężkie przeżycia miały z pewnością na nią wpływ, ale nie zdołały jej pokonać. Podsumowując Carol jest silną, mądrą i piękną kobietą i codziennie inspiruje swojego syna do bycia lepszym człowiekiem. Ponadto prowadzi swój własny biznes – Fitness Dojo, gdzie uczy swoje trzy wierne klientki walki z elementami fitness.

Drugą osobą, która staje się dla KO nauczycielem jest Pan Gar, szef chłopca, do którego należy sklep z rzeczami dla bohaterów. Pan Gar łatwo mógł zostać sprowadzony do roli stereotypowego twardziela, nie okazującego emocji i wyłącznie skopującego tyłki. Pod płaszczykiem super-szefa, powalającego wrogów, kryje się jednak człowiek wrażliwy, żyjący z ciągłym poczuciem winy. Wciąż obwinia się za pewne wydarzenie z przeszłości. Ale tu więcej nie zdradzę. Powiem tylko, że jego wątek opowiada o wybaczeniu samemu sobie i zaakceptowaniu swojej przeszłości.

Pana Gara i Carol wiąże wspólna przeszłość. Kiedyś należeli do jednej super-bohaterskiej drużyny i byli najlepszymi przyjaciółmi. Pewne tragiczne wydarzenia doprowadziły, jednak do rozluźnienia ich więzi. Odcinek, który pierwszy raz sugeruje jakieś silniejsze powiązanie między nimi, jest do dziś jednym z moich ulubionych. Był też chyba pierwszym, który sprawił, że naprawdę wkręciłam się w tę serię.

Równie ważną w życiu KO osobą, co wyżej wymienione postacie, jest przyjaciółka chłopca ze szkoły, Dendy. Dendy jest inteligentną dziewczynką, znającą się na kodowaniu. Ma także trudność z nawiązywaniem relacji i rozumieniem emocji innych. Można czytać ją jako osobę na spektrum autyzmu. Początkowo zainteresowała się KO jedynie jako obiektem do obserwacji i zbierania danych. Po spędzeniu z nim dnia oraz dowiedzeniu się, że również jest fanem kart mocy, postanawia jednak zostać jego przyjaciółką. Dwójka świetnie się uzupełnia i uczy od siebie nawzajem.

Każda seria z bohaterami potrzebuje złoczyńcy. W omawianej kreskówce tę chwalebną rolę pełni Lord Boxman. Prowadzi fabrykę robotów Boxmore, znajdującą się naprzeciw Lakewood Plaza Turbo. Jego ulubionym zajęciem jest atakowanie sklepu pana Gara. Oczywiście nie robi tego sam. Do wykonywania całej brudnej roboty wysyła swoje robotyczne dzieci. Boxman nie chce zawładnąć światem czy go zniszczyć. Po prostu nienawidzi przyjaźni i dlatego istnienie Lakewood Plaza Turbo tak bardzo go mierzi. Razem ze stworzonymi przez siebie robotami tworzy dysfunkcyjną rodzinę. Jego dzieci są mu bezwzględnie oddane i bez słowa wykonują każde jego polecenie w nadziei, że w końcu je doceni. Do jego podopiecznych należą: Darrell, Shannon, Raymond, Ernesto, Jethro i Mikayla. Dziećmi Boxmana, które poznajemy najlepiej są Darrell, Shannon i Raymond. To głównie oni mierzą się z KO, Radem i Enid. Zachowują się jak typowe rodzeństwo. Często ze sobą rywalizują i sobie dogryzają, ale tak naprawdę zależy im na sobie nawzajem i potrafią się wspierać kiedy zajdzie taka potrzeba.

Poza Boxmanem i jego dziećmi nasi bohaterowie czasami mierzą się także z innymi złoczyńcami. Drugim najczęściej pojawiającym się łotrem jest Profesor Venomous, szalony bio-inżynier. To bardzo ciekawa postać, o której nie mogę za wiele powiedzieć, bo spojlery. Powiem jedynie, że jest inteligentny, przebiegły, skrywa wiele tajemnic i ma poczucie stylu. Wiernie towarzyszy mu jego mała pomagierka Fink, bystra i złośliwa dziewczynka.

Poza naszymi głównymi bohaterami i głównymi złoczyńcami poznajemy jeszcze całą masę ciekawych postaci pobocznych. Czasem są obecne tylko w tle, czasem odgrywają ważniejszą rolę, a czasami jest im poświęcony nawet cały odcinek. Najlepiej poznajemy społeczność Lakewood Plaza Turbo – tworzą ją sprzedawcy i klienci. Poza sklepem pana Gara znajdują się tam również bowiem inne miejsca, takie jak wcześniej wspomniane Fitness Dojo, ale także i sklep z ramkami iFrame, salon gier, salon fryzjerski Logic Haircut, czy kawiarnia @Cafe. Od czasu do czasu obecne są także osoby spoza tej przestrzeni (zwykle to właśnie w niej przebywamy, ale czasami również i z niej wychodzimy i odwiedzamy inne miejsca), jak chociażby członkowie dawnej drużyny pana Gara i Carol, koledzy KO z szkoły, czy inwestorzy lorda Boxmana. Wszystkie postacie poboczne pochodzą z różnych porządków i są szalenie różnorodne. Mamy wojowniczkę z przyszłości, która ucieka przed przeznaczeniem; zielonowłosą pięściarkę, która jest również opiekunką do dzieci; magicznego szkieleta; niegdyś złego robota, który teraz jest fryzjerem; szalonego staruszka, który plącze się po Lakewood Plaza Turbo bez wyraźnego celu (jedna z najzabawniejszych postaci); dzielną dziennikarkę; napakowanego kupidyna; dyrektora szkoły, który jest jednocześnie Świętym Mikołajem; Prezydenta Wszechświata i wiele, wiele więcej.

Świat przedstawiony

Na uwagę zasługuje również świat, w którym rozgrywają się przygody KO. Podobnie jak zamieszkujące go postacie jest on różnorodny, barwny i zwariowany. Cała rzecz rozgrywa się na alternatywnej Ziemi w roku 201x. Jest ona nieco bardziej futurystyczna od naszej. Ponadto wciąż żyją tam dinozaury żyją, a planetę zasiedlają nie tylko ludzie, ale też i inne, różnej maści, inteligentne stworzenia. Nie ma też mowy o żadnych państwach, a jedynie o strefach, tak właściwie tylko o dwóch – Neutralnej Strefie i Niebezpiecznej Strefie.

Przygody KO mają głównie miejsce w tej pierwszej. Chłopiec najczęściej przebywa w Lakewood Plaza Turbo, o którym napisałam już trochę przy okazji omawiania postaci pobocznych. To właśnie to małe miejsce stanowi praktycznie cały świat chłopca, swego rodzaju jego bezpieczną przystań. Często przyglądamy się również temu co dzieje się w bliskim sąsiedztwie, czyli w Boxmore. Czasami odwiedzamy też dom KO, albo jego szkołę. Zdarza się jednak, że miejsce akcji zmienia się w bardziej drastyczny sposób. W pewnym momencie na kilka odcinków przenosimy się do prestiżowej szkoły dla bohaterów Point Prep Academy. Innym razem udajemy się prosto do domu Profesora Venomousa. Od czasu do czasu odwiedzamy też z bohaterami Niebezpieczną Strefę. Sceneria zatem czasami się zmienia, a świat KO ulega poszerzeniu. Lakewood Plaza Turbo pełni jednak najważniejszą rolę w jego życiu i to właśnie to miejsce jest sercem całej serii.

Inne

Poza ciekawymi postaciami i równie interesującym światem przedstawionym, kreskówka ma jeszcze wiele do zaoferowania.

Warto zwrócić chociażby uwagę na animację i styl rysunku. Niektóre sceny – przede wszystkim walki – są zaanimowane w sposób bardzo płynny i dynamiczny. Styl rysunku jest natomiast prosty, ale przy tym przyjemny dla oka i pasuje do opowiadanej historii – postacie mają poza tym wyróżniające się i rozpoznawalne designy.

Jest też oczywiście sporo niewymuszonego, szczerego humoru. Najczęściej w postaci gagów wizualnych, ale też i słownych. Są bardzo pomysłowe i przezabawne, czasami absurdalne, a czasami nawiązują do współczesnej popkultury (także internetowej). OK KO! słynie również z ekspresyjnej mimiki postaci – niektóre miny, które robią w różnych sytuacjach są bezcenne.

Co jakiś czas w serii zdarzają się crossovery. Mieliśmy odcinek z Kapitanem Planetą, z innymi postaciami z obecnego Cartoon Network (jaki to był doskonały hołd kreskówkom – także i starym – z tej stacji), czy z dziewczynami z Ghoul School. W jednym odcinku wystąpił nawet sławny jeżyk Sonic. Jestem pewna, że gdyby serial potrwał dłużej byłoby ich znacznie więcej.

Na zakończenie

Jest to niewątpliwie jedna z moich najulubieńszych kreskówek. Zawsze potrafiła mnie rozbawić, wzruszyć, a nawet pocieszyć w trudnych momentach. Na zakończenie podzielę się jednym miłym wspomnieniem związanym z tą serią. Pamiętam jak podczas pisania licencjatu byłam już tak zmęczona i zdołowana, że nie miałam na nic siły. Wtedy włączyłam sobie OK K.O.! i na chwilę zapomniałam o tym wszystkim. To było jakoś po północy. Jadłam tosty i oglądałam akurat wtedy kilka odcinków składających się na większą historię.

Podsumowując, ludzie, oglądajcie OK K.O.!, bo warto. Mam nadzieję, że udało mi się przekonać chociaż jedną osobę. Szkoda, że ta seria tak szybko zakończyła swój żywot. Jeszcze tak wiele można by tu opowiedzieć. Tyle postaci. Tyle możliwości.

Postscriptum

Dziękuje wszystkim, którzy dotrwali aż tutaj! Napisanie tego tekstu trochę mi zajęło. Mam nadzieję, że z następnymi będzie już trochę łatwiej i że będą coraz lepsze. Przepraszam za interpunkcję. Jestem w trakcie pracy nad nią. Kupiłam nawet książkę. Nie można cały życie uciekać przed przecinkami.

Do zobaczenia!

Copyright © Perła pisze , Blogger